Powiecie: Niezły paradoks. Bo w rzeczy samej to paradoks.
Ale po tym jak z napieraczem Stasiem i
innymi zaliczyliśmy kilka wypadów w Bieszczady, zrodził się pomysł, by
poszukać polskości za granicami kraju i odwiedzić Czarnohorę.
Szybko przystałem na takie dictum i
zacząłem intensywnie badać dostępne w sieci mapy tamtych rejonów.
Niebawem okazało się, że biało-czerwonych znaków na mapie Czarnohory
można postawić sporo. Gdy już wiedziałem, że muszę tam pojechać,
ustaliliśmy termin – październik 2008. Właśnie z początkiem października
jeździłem co roku w Bieszczady, starając się trafić na przebarwienia
zieleni w złoto i czerwień. W wyobraźni już widziałem zalesione rozległe
karpackie połoniny, złocące się i czerwieniejące w promieniach
jesiennego słońca. Trafiłem na prognozy dla Worochty i po pewnym czasie
pozytywnie je zweryfikowałem jako wiarygodne. Na nasz wypad pogoda
miała być dobra, przynajmniej bez większego deszczu. Staś zaplanował i
zaklepał urlop, ja też. Rozważaliśmy jeszcze trzecią osobę, ale
ostatecznie ostaliśmy się dwaj. Plan przewidywał atak od Zakarpacia –
padło na Łuchy w powiecie Rachowskim.
Z dnia na dzień nasza wyprawa
nabierała realnych kształtów i z Lipnicy Murowanej wyruszyliśmy 6
października 2008 o trzeciej nad ranem. Przez Nowy Sącz, Piwniczną
przeskoczyliśmy na Słowację, kierując się dalej na Użgorod, Mukaczewo i
Rachów.
Bardzo pozytywne wrażenie zrobiły na nas ukraińskie drogi.
Nawierzchnia
równa, bez dziur, aż do samego Rachowa, gdzie zrobiło się trochę
dziurawo na bocznych uliczkach i później w stronę miejscowości Bogdan i
Łuchy. Natomiast kontrastem który miał się już powtarzać nader często,
była biedna zabudowa ubogich tubylców i złocone kopuły stojących po
sąsiedzku cerkwi.
Wreszcie, koło czwartej po południu dotarliśmy do Łuchów.
Przy głównym skrzyżowaniu przywitała nas tablica z jeleniem i niedźwiedziem, jakby zapowiadając dodatkowe atrakcje.
W okazałym budynku leśnictwa
zasięgnęliśmy języka w sprawie noclegu, po czym bardzo urzędowy pan w
bardzo spartańsko urzędowym biurze, napisał nam bardzo urzędową kartkę i
polecił udać się z nią do pobliskiego sklepu. Wchodząc do rzeczonego
marketu, odbyliśmy podróż w czasie, cofając się o jakieś dwadzieścia
lat.
Wnętrze trąciło wczesnym „GieeSem” i
takoż pachniało. Przekazaliśmy urzędową kartkę dziewczynie za ladą,
która ze zdziwieniem ją odczytała i dopiero po chwili jej twarz
rozjaśniła się uśmiechem i stwierdziła: „a, to wujek!”. Wyjęła komórkę
(ziuuu – teraz dziesięć lat do przodu) i po chwili oznajmiła, że „wujek
zaraz przyjdzie.” No to rozglądamy się po sklepie, podziwiamy najnowsze
modele kaloszy, po czym po chwili słychać skrzypiące drzwi wejściowe.
Pewnie wujek – myślę sobie. Wchodzi jakiś człek w wieku 40-60 lat,
odziany w walonki i wojskowy mundur polowy, zamawia setkę horiłki i pół
kilo salcesonu, horiłku wypija jednym haustem, salceson zawinięty w
szary papier wrzuca pod pachę, wykonuje na pięcie zgrabny zwrot i wychodzi. Pani zza lady bierze szklaneczkę po horiłce i idzie do
drugiego pomieszczenia, gdzie pod oddaloną ścianą płucze ją w zimnej
wodzie.
Nasz Sanepid miałby tu pożywkę lepszą niż muchy na końskim łajnie...
Sytuacja z wchodzącym drwalem powtarza
się jeszcze ze dwa lub trzy razy, a schemat seta i zagrycha jest
modyfikowany kaszanką zamiast salcesonu. A wujka jak nie było – tak nie
ma...!
Wreszcie, po godzinie pytamy nieśmiało –
co z wujkiem. Dziewczyna po raz wtóry otwiera puderniczkę, mówi coś
chwilkę, odpowiadając „da, da, da, - poljaki” i z radością informuje
...no co? No tak! Że „wujek zaraz przyjdzie!” Po kolejnych dwóch
drwalach i mijającej następnej godzinie, snujemy już plany rozbicia się z
namiotem, ale podejmujemy jeszcze ostatnią, desperacką próbę
namierzenia „wujka”. Puderniczka dziewczyny znowu idzie w ruch, a po
zamknięciu klapki dowiadujemy się, że „wujek jest w domu”. Według
instrukcji, mamy przejechać około 1 kilometr i wypatrywać czerwonej Łady
po lewej. No ten kilometr to też była przygoda. Płynąca tuż po prawej
Biała Cisa wylała w czasie powodzi, która była w tych rejonach jakieś
2-3 miesiące wcześniej i teraz droga przypominała bardziej tor
off-roadowy, a zabrany mostek na potoku dopływowym zastąpiono luźnymi
dechami, więc atrakcje dodatkowe były jak należy. Ładę – o dziwo –
znaleźliśmy całkiem łatwo, a po chwili okazało się, że wujek istnieje
naprawdę i nawet uprzejmie nas powitał. Zapytał na jak długo i czy mamy
„spalniki” (śpiwory), po czym zaprowadził nas kilka domów dalej, do
pustej chaty po rodzicach. Zalecił tylko ostrożność przy przechodzeniu
przez „pole minowe”, co wcale nie było łatwe, gdyż krowy stawiały
pułapki co krok. Tym niemniej bez ofiar w ludziach i ekwipunku
dotarliśmy do chaty. Po otwarciu drzwi, uderzył nas zapach stęchlizny,
który był takim ichniejszym „gieesem razy pięć”. Radości dopełniała
informacja, że w domu nie ma elektryczności, gazu, bieżącej wody ani
kibelka. Normalnie podróż w czasie, tym razem o jakieś 50 lat wstecz...
Dobrze, że Staś zabrał lampę gazową.
Na szczęście, było w tym domku coś, co
zachowało nas w szczątkach dobrego humoru. Epokowy piec kuchenny
wyglądał na sprawny, a pobliska drewutnia dostarczyła obfitości paliwa,
dzięki czemu mogliśmy nadać naszemu schronieniu nieco przytulności,
przyrządzić kolację i otworzyć okna bez obawy przemarznięcia. Po kolacji
wywaliliśmy gnaty na kuchenny reling i sączyliśmy piwo u progu wielkiej
przygody.
Piwo not shown ;-) Do spania uwaliliśmy się na matach w śpiworach,
zastanawiając się, ile zapachów przyswoimy od „aromatycznej” podłogi.
Poranek obudził nas lekką mżawką albo opadającą mgłą, a widok za oknem
był tak surowy, jak mina Lenina w budynku łuchowskiego leśnictwa.
Po śniadaniu zabraliśmy się za planowanie dnia.
Nasza chata mimo swych niedogodności, była stosunkowo nowoczesna, jako że dach nie był epokowy, a kryty eternitem.
Przeznaczając pierwszy dzień na zwiedzanie okolic, udaliśmy się najpierw na rekonesans w górę Białej Cisy.
Zatrzymał nas szlaban strefy nadgranicznej.
Jako że pogoda nie wyglądała stabilnie,
zapakowaliśmy się do auta i pozostawiając centrum wioski za sobą,
udaliśmy się na objazd okolicy.
Pokonując przełęcze pomiędzy Czarnohorą a Gorganami
dotarliśmy do Worochty. Przejechaliśmy pod starym wiaduktem
i po raz kolejny zarejestrowaliśmy kontrast skansenowo-cerkiewny.
W kierunku Dżembroni prowadziła droga właśnie naprawiona w doraźny sposób po niedawnej powodzi.
Głębokość błota na drodze zaczęła nas
niepokoić, więc zostawiliśmy samochód przy trakcie, sami zdecydowani
ostatnie kilometry do Beresteczka – jak przed wojną nazywała się
Dżembronia – pokonać na piechotę. Surowość okolicy i jesienne kolory
były mocno autentyczne.
W wiosce kolejny, nieco inny polski
akcent. Maluch na polskich rejestracjach. Wstąpiliśmy też do jedynego
tam sklepu, w którym, wzorem innych na Ukrainie, można było zamówić
gotowe jedzenie, wypić coś mocniejszego i zrobić zwykłe zakupy. Kramnica
była też lokalną agencją informacyjną ;-)
W drodze powrotnej, barw i surowości nadal nie brakowało.
Wieczorem w nieco przewietrzonej już chacie, gorąca kolacja na cztery fajery i chłodne piwo :)
Nazajutrz wyprawa.
Z gospodarzem umówiliśmy się z samego
rana na podwózkę swoistą okazją. Otóż nasz gospodarz, tak jak i
znakomita większość tubylców płci męskiej, pracował przy wyrębie drzewa w
okolicznych lasach.
Z brygadą jeździł do pracy sentymentalną terenówką,
na którą ładowali później dłużyce i zwozili gdzieś do cywilizacji.
Nas ulokował w szoferce i kazał
zamaskować plecaki, by pogranicznik nie widział i nie chciał
skontrolować. Jeden z plecaków zakamuflował przy ładowni, a resztę
kamuflażu dopełniło błoto, obficie dbające o niewykrywalność plecaka.
Przed ruszeniem na szlak ustaliliśmy z gospodarzem datę powrotu i
grzecznie go pożegnaliśmy.
Jeszcze dobrze nie nazbieraliśmy
wszechobecnego błota na buty, gdy trafiliśmy na wiatę, chyba kierownika
tego magazynu błota i drewnianych kloców. Nie było mowy żeby się nie
zaznajomić, potwierdzając to kieliszkiem horiłki. Tak dobrze nam szło,
że jeszcze dwóch takich Hucułów i zastanawiałbym się, po co się pchać w
te cholerne góry, kiedy tu tak przyjaźnie :)
Wzdłuż potoku Balcatul ruszyliśmy w stronę majaczącego w oddali Popa Iwana.
Osiągając pierwsze wzniesienie, zatrzymaliśmy się na śniadanie i podziwianie nastrojowych widoków.
Mapa wskazywała obecność szlaku
turystycznego, jednak jego znaków w terenie próżno było wypatrywać,
przedzieraliśmy się zatem używając starego traperskiego sposobu – „na
czuja” :)
Czuj zawiódł nas na skraj lasu, przez
który musiała przejść trąba powietrzna, gdyż setki bezwładnie powalonych
pni leżały w bezładzie, tak, że pokonywanie ich z plecakiem,
nastręczało nieco trudności.
Po drodze natknęliśmy się na chatę leśną, zamkniętą na cztery spusty.
Wychodząc z lasu na długą, acz niezbyt obszerną połoninę, napotkaliśmy starą, opuszczoną i mocno zniszczoną staję pasterską.
Na skrzyżowaniu szlaków napotkaliśmy też
po raz pierwszy, słupek graniczny z roku 1920, oznaczający ówczesną
granicę polsko-czechosłowacką.
Słupki te towarzyszyły nam przez całą
grań, stanowiąc doskonałe punkty nawigacyjne. Z Waskuła spojrzeliśmy za
siebie, ogarniając wzrokiem bezmiar gór i dopiero co przebytą połoninę.
Do Popa Iwana pozostało nam już tylko
przejść przez pasmo kosówki i wykonać dosyć forsowny atak szczytowy.
Ostatni etap poprzedziliśmy małym odpoczynkiem.
Zasuszona trawa była tak sprężysta, że
leżało się na niej jak na świetnym materacu. Nic, tylko rozbić namiot na
niej i pełen komfort, ale trzeba było iść dalej. Podejście przez głazy i
gołoborze też nie było lajtowe, bo nie dość że pod górę, to jeszcze
niektóre kamienie się bujały pod butami i trzeba było patrzeć na co się
stawia stopę. Można było też nieopatrznie dać się skusić wygodnym
kamiennym fotelom ;-)
Ale każda góra kiedyś kończy się
szczytem, a Pop Iwan wieńczyło polskie obserwatorium
astronomiczno-meteorologiczne, wzniesione w latach 1937-38 i
funkcjonujące zaledwie rok, do 1939 roku.
Gdybym miał się gdzieś zaszyć zdala od
cywilizacji, Biały Słoń – bo tak Ukraińcy nazywają tę budowlę, byłby ze
swymi widokami z okien, doskonałym bastionem.
Mój aparat pracował na pełnych obrotach.
Wreszcie nadszedł czas, by zejść niżej i
rozbić namiot. Jako że na Popie nie ma ujęcia wody, nasz wybór padł na
inny polski akcent – ruiny międzywojennego schroniska AZS-u, z racji
swego regularnego kształtu, zwane kwadratem. Znajdują się one poniżej
Przełęczy nad Kwadratem, prowadzącej na Smotrec. Schodząc z Popa, w
okolicy Pohanego Misca skręciliśmy z głównej grani, by po chwili
zobaczywszy zarys ruin, zejść do miejsca często wybieranego na biwak.
Obok ruin spływa górski potok z bijącego nieco wyżej źródła, zapewniając
doskonałą wodę. Same ruiny znowu budzą refleksję o dziejach Polski na
niegdysiejszych jej wschodnich kresach. Niebawem zauważamy, że naszym
śladem podąża samotny wędrowiec, obserwowany przez nas już wcześniej.
Korzystając z resztek dnia, badamy ruiny, po czym rozbijamy namiot.
Po niedługiej chwili nadchodzi samotny
wędrowiec. Okazuje się nim Ukrainiec Wołodia, młody prawnik z Iwano
Frankowska, wędrujący po Karpatach ze sporym plecakiem już od kilku dni.
Wołodia na widok naszych czekolad aż błysnął okiem, ugościliśmy go
zatem z polską gościnnością, za co dostaliśmy herbatę, której
zapomnieliśmy zabrać. Delektując się produktem Wedla, Wołodia sprawnie
zabrał się do organizowania swojego obozu. Poprawił kamienie przy
ognisku, z plecaka wyjął pełnowymiarową piłę do drewna i poszedł w
stronę krzaków kosówki, wracając po chwili z całym naręczem opału. Z
suchego drąga zrobił poprzeczkę nad ogniskiem. Po niedługiej chwili z
zawieszonego na żerdzi kociołka, zaczął się roznosić smakowity aromat
zupy, do której Włodzimierz wrzucał znalezione i zebrane na połoninach
ziela.
Zupa była całkiem dobra, ale przy okopconym kociołku zebraliśmy się głównie dla magii ognia i do zdjęcia grupowego.
My natomiast przyrządziliśmy kolację w
stylu zaprawdę cywilizowanym, używając mojego starego gazowego Colemana i
szwedzkiej menażki. Chińska podwójna zupka z makaronem nie była może
rewelacyjna, ale wrażenia dnia skompensowały nam nieco chemiczny smak.
Przez część nocy zawieraliśmy i
umacnialiśmy przyjaźń Polsko-Ukraińską, a nad nami opadała gęsta mgła.
Gdy ognisko już dogasało, otuleni wilgotną opończą, wpełzliśmy do swoich
namiotów. Nasza Gwinea od Marabuta nie miała dekla nad szczytowym
otworem wentylacyjnym i wewnątrz też zrobiło się trochę wilgotno.
Przebrałem się w wełniane getry, na stopy założyłem białe wełniane
skarpety, a na górę cienki polar kaczuchy z podkoszulkiem pod spodem. Na
karimacie już czekał śpiwór – TNF Aleutian, do którego wpełzłem,
opinając go w nogach dodatkowo kurtką i wkładając do plecaka.
Dzięki temu, w nocy miałem cieplutko w
stopy, ale na klatę musiałem wciągnąć dodatkowy polar, zawczasu
przygotowany obok. W nocy jeszcze nasłuchiwałem czy nie idą do nas misie
z łuchowskiego malowidła przydrożnego i walczyłem z panoszącym się
chłodem. Nie było to spanie w cieplnym komforcie, ale i Staś obok chyba
też nie przespał ciągiem całej nocy, regularnie zjeżdżając po swej
samopompie. Ranek obudził nas piękną, słoneczną pogodą, co można było
stwierdzić mimo zamkniętego namiotu.
Słychać było Wołodię nawołującego nas, na
co Staś wstał, a ja zamierzałem jeszcze pospać w ciepełku
rozgrzewającym namiot porannymi promieniami słońca. Jednak Staś
przejętym głosem poinformował mnie – „wstawaj, widoki zajebiste”,
więc volens-nolens wygramoliłem się z namiotu i jak złapałem aparat, tak zabrałem się do uwieczniania poruszających widoków
Nie omieszkaliśmy też zrobić sobie na tle morza chmur, kolejnego zdjęcia grupowego na ruinach polskiej budowli.
W nocy musiał być kilkustopniowy mróz, co
doskonale było widać na zacienionych obszarach. Jednak mocno operujące
słońce szybko nas rozgrzewało, a Staś w lodowatej wodzie dokonał
porannych ablucji.
Przygotowanie śniadania cło bardzo ostro, bo Staś stwierdził z autopsji, że mój nóż jest rzeczywiście bardzo ostry. Apteczka z plastrem zaordynowanym przez Wołodię uratowała rannego. Po śniadaniu złożonym z paszy treściwej, zabraliśmy
się za planowanie dnia.
Uzupełniliśmy zapasy wody i po pożegnaniu Wołodii, wychodząc na grań, po raz ostatni rzuciliśmy wzrokiem na gościnne okolice.
Piękna, ciepła, słoneczna pogoda była
wprost wymarzona do dalszej wędrówki. Zrudziałe połoniny zieleniły się
jeszcze tu i ówdzie karłowatymi iglakami, dodając kolorytu rozległym
krajobrazom.
Mijaliśmy kolejne szczyty, a między nimi otwierały się rozległe kotły.
Pomiędzy mijanymi pipantami trasę wyznaczały dawne słupki graniczne, a w resztkach zawalonych okopów smutno rdzewiał drut kolczasty z czasów wojen.
Na następny odpoczynek wybraliśmy jeszcze
jeden dwutysięcznik – Brebeneskuł, z którego Howerla była niemal na
wyciągnięcie ręki.
Odpoczywając nad przewróconym znakiem
granicznym, zauważyliśmy nadchodzącą grupę młodych ludzi. Jak się
wkrótce okazało – Polaków. Wyszli z chatki u Kuby i właśnie zbierali się
do powrotu.
My zaś napieraliśmy dalej. Pogoda
momentami straszyła ciemnymi chmurami, jednak przez cały dzień nie
spadła ani kropla deszczu. Wędrowało się świetnie, - ciepło i lekko
wietrznie – dokładnie tak jak powinno być w górach. A przed nami cienka
kreska ścieżki, ginąca gdzieś na horyzoncie na tle Howerli, obok której,
po lewej, zaznaczał się kolejny szczyt – Pietros.
Tak maszerując, osiągnęliśmy Jeziorko Niesamowite.
Ten niewielki zbiornik wodny budzi istną
grozę u okolicznych Hucułów, którzy wierzą iż posiada ono podwójne dno, a
w jego toni czyhają wodne stwory. Niestety, nieco dalej, na zboczu
Turkuła, byliśmy zmuszeni porzucić myśl o zdobyciu – będącej nieomal na
wyciągnięcie dłoni – Howerli. Poprzedniego wieczora, Staś dostał
wiadomość, że musi wracać o dzień wcześniej. Kombinowaliśmy, co by tu
zrobić aby jednak zaliczyć Howerlę, jednak brak tego jednego dnia,
skutecznie położył w gruzy nasze misternie opracowane przed wyjazdem
plany... Cóż było zrobić... Tęsknym okiem rzucaliśmy to na świętą górę
Ukraińców, to na okoliczne szczyty, żegnając się z nimi.
Jeszcze ostatnie foty z słusznej wysokości
i zaczęliśmy przeciskać się przez kosówkę w dół, do kolejnej pasterskiej staji.
Jako że zaczynało się robić popołudnie, a
przed nami było długie, mozolne schodzenie, schowałem aparat i bądź to
rozmytymi drogami, bądź na azymut, przedzieraliśmy się przez surowy,
dziki las. Gdy dotarliśmy do doliny potoku Howerla, zaczynało już na
dobre zmierzchać, a nasza kondycja została poważnie nadszarpnięta i
mieliśmy już schodzenia po dziewiczym stoku serdecznie dość.
Jeszcze ostatnie kilometry błotnistą
doliną przy świetle czołówek i dotarliśmy do sklepu znajdującego się
niemal u wylotu tejże doliny w Łuchach. Sklep był już co prawda
zamykany, ale młodzi właściciele, na widok dwóch zdrożonych wędrowców i
ich niezmożonych uśmiechów, bez oporów zaprosili nas na zakupy.
Skwapliwie korzystając z możliwości,
uzupełniliśmy zapas płynów ustrojowych, zresztą piwo ukraińskie jest
całkiem niczego sobie... Cukier kupiliśmy odważony do woreczka, więc po
powrocie do naszej chaty, brakowało nam jedynie ciepłej kąpieli.
Nazajutrz, przy pięknej pogodzie
opuściliśmy małą podkarpacką wioskę i już bez przeszkód z małą przygodą
na granicy, opuściliśmy Ukrainę.
Gdyby nie konieczność wcześniejszego
powrotu, moglibyśmy zaliczyć całą główną grań Czarnohory, od Popa Iwana
do Howerli. Jednak już schodząc z Turkuła, wiedzieliśmy, że musimy tu
powrócić. Nie tylko by zaliczyć Howerlę, ale by spokojnie, na trochę
dłużej wtopić się w karpackie okolice i klimaty. Tak jak Wołodia, który
po dwóch dniach kurowania się w okolicy głównej grani po dojmującym
przemarznięciu pod Kwadratem, po słuchaniu wyjącego niedaleko wilka,
wędrował jeszcze kolejny tydzień po górach, nie mogąc się z nimi
rozstać.
Dla nas, a szczególnie dla mnie,
świadomość tak mocnych korzeni polskości na tych terenach, była i jest
bodźcem do powrotu w okolice Białego Słonia. Poznałem całą historię tego
miejsca, jego dumę i smutną teraźniejszość. Niemal słyszałem tę kresową
polszczyznę, odbijającą się echem od kamiennych ścian przedwojennego
obserwatorium.
„Wszędzie będą Polacy ze swym orłem
srebrzystym, grać im będą fanfary pod sztandarem ojczystym...” Tak pisał
w jednym ze swych wierszy mój tata – Józef Piotrowski. On sam służył w
wojsku w Tarnopolu i mieszkał u wuja we Lwowie, tak więc odwiedziny
kresów Rzeczypospolitej, maja dla mnie wymiar podwójny. Czarnohora to
teraz Ukraina, ale i to Polska której tam już (prawie) nie ma...
Gratulacje dla wytrwałych, którzy doczytali do końca :-)
.



Komentarze
Prześlij komentarz